Poród 3 Melajka

Ten poród trwał dwa dni- brzmi przerażająco prawda? Ale on bynajmniej nie był przerażający, a już na pewno nie był ciężki. Choć na tamten moment wcale tak nie myślałam!

Środa wieczór 37 tydzień ciąży i 8 dni, jestem po wizycie u mojej ginekolog, po masażu szyjki - bolał ten masaż, ale czego kobieta nie zrobi, żeby ciąża się już skończyła, a perspektywa upałów z brzuchem po doświadczeniu tego w ciąży z Misiem, była zdecydowanie dla mnie przerażająca!

Po powrocie do domu z wizyty zaczynają się skurcze: myślę sobie spoko czas włączyć zegarek i pewnie jeszcze w nocy pojedziemy do szpitala. Chłopaki przygotowani uświadomieni czekają już na siostrzyczkę. Siadam na piłkę i się bujam...przecież nie może mi akcja wygasnąć, więc muszę być aktywna! Pan Poślubiony, niczym nie przejęty mówi do mnie: kładę się, jakby się nasiliło dawaj znać! Serio?! Myślę sobie! Hellloł ja rodzę, a Ty idziesz spać?! Mówię ok. Choć ból jest nieznośny, a ten mój chłop już zaczyna mnie wkurzać!

Skurcze są co 30 - 40 minut ale są, regularnie! Czas jednak mija nieubłaganie, patrzę na zegarek: dochodzi godzina 1 w nocy, nic się od 3 godzin nie zmienia, dobra idę spać! Kładę się, nie zasnę! Nie ma opcji! Jest gorąco, a mnie co 30 minut ściska ból, nie zasnę przez niego! Boli jak cholera! Nie wytrzymam! Bujam się na tej piłce: 2,3,6 rano! Nastaje ranek, a ja czuję się zupełnie wyczerpana.

Mam iść do pracy? Pyta mnie ten mój twórca dzieci! Dobra, idź w pierony! Zejdź z oczu kobiecie, puchu marny! Myślę sobie, no już tyle godzin i nic! Jedź! Bierz B do przedszkola i jedz do pracy! Może to tylko jakieś przepowiadające skurcze, a ja się napaliłam? Tylko czemu nie mogę spać? Czemu to tak boli? One dalej mnie męczą, ale wygasły i są już tylko co godzinę. Więc może akcja zaniknie? Staram się być aktywna i je pobudzać, mimo zmęczenia wskakuje jeszcze z rana na tą cholerną piłkę, dobra mam to w nosie! Godzina 11 Miś- bajki, ja- sen już nie mam siły! Zasypiam na 3 h! Ale co 30 minut znowu ze snu wyrywa mnie przeszywający ból!

Ok, nie ma co się użalać i zastanawiać to już trwa dobre kilkanaście godzin, bankowo nie rodzę! Idę po małego B do przedszkola! Nie wiem jak, ale ubieram Misia i co 30 minut przeklinając z bólu schodzę z 4 piętra kamienicy! Idziemy do przedszkola! Mamy przecież blisko! 15 minut na nogach, dam radę! Po drodze łapią mnie jednak dwa skurcze! Jeden po wyjściu z domu, drugi zaraz przed wejściem do przedszkola! To znaczyło jedno: skurcze mam już co 15 minut! No nic to! Czekam, aż skurcz minie i wchodzę do przedszkola! Przecież nie mogę wejść z grymasem bólu i odgłosem stękania do budynku 😂

Wchodzę, najszybciej jak umiem przebieram małego B w buciki, już nie wymagam od niego w tej chwili samodzielności, wchodzimy jak najszybciej, na schodach przed przedszkolem skurcz! Boli! Cholera! Rodzę! Jak nic! Rodzę! Są co 15 minut!

Biorę chłopaków, Miś w wózek, mały B za rękę i w te pędy do domu! Mama rodzi i wygląda na to, że coś przyspieszyło! Ból jest naprawdę nie do zniesienia, przeszywający! Ogarnia plecy, nogi i przechodzi na przód brzucha! Szybko do domu! Po drodze zanim dałam radę wejść na samo poddasze z moja dwójką maluchów miałam jeszcze z 4 takie uderzenia!

No nic pewnie pojedziemy na porodówkę! Pan Poślubiony za godzinę wraca! Dzwonię do położnej: Pani Iwonko, ja rodzę! Skurcze co 15 minut walczę tak od wczoraj wieczorem! Naprawdę? Niemożliwe! Może to tylko przepowiadające...to dopiero 38 tydzień...połóż się do wanny i weź nospe.- słyszę od mojej położnej. Ok idę na dół do rodziców, tylko oni mają wannę i całe szczęście, że mieszkamy akurat nad nimi. Otwiera mi moja siostra, a ja klnę już z tego wszystkiego! Wchodzę do wanny, uffff ale ulga! Wanna zawsze pomaga jest trochę lepiej faktycznie, no i przecież wzięłam nospe - max! Wychodzę po 1,5 h: skurcz! K**** mać! Nie wytrzymam! No nic to, bo znowu są co 30 minut! Wygasa! Bankowo nie rodzę!

Nie jadę do szpitala, bo pewnie mnie odeślą, skurcze nie zwiększają się na częstotliwości to jakaś cholerna sinusoida! Są na tyle upierdliwe i naprawdę mocno mocno bolesne, że nie śpię całą kolejną noc! Pan Poślubiony wstaje o 6 mówi: słuchaj ja nie jadę do pracy, Ty jesteś wykończona!- mówi. No jak do cholery mam nie być?! Nie śpię już 2 dobę! Dobra! Idź z dziećmi na spacer, ja spróbuje się przespać!

Spróbuję- dobrze, że ja nadal się łudziłam, że w tych bólach zasnę! Dobra, one dalej są co 30 minut, ale ja już kompletnie nie mam siły! Jest godzina 13 dzwonię do mojej położnej: Pani Iwonko ratunku, ja już nie wiem co się ze mną dzieje! Kochana mam dyżur podjeżdżaj sprawdzimy co i jak! Ok! Pan Poślubiony wraca z dziećmi ze spaceru, zostawiamy ich na dole mojej siostrze i jedziemy do szpitala.

W drodze do szpitala klasycznie: zaczynam płakać. Chyba z tego, że wiem co mnie czeka i z tego, że wzrusza mnie chwila, że zaraz oto zostaniemy rodzicami, trójki dzieci! A może nie zostaniemy? Może ja wcale nie rodzę! Przecież to już trwa drugi dzień! Bankowo nie rodzę!- znowu zaczyna u mnie działać klasyczny mechanizm wyparcia. Docieramy jednak na miejsce. Pani Iwonka już czeka, bierze mnie od razu na porodówkę, żeby sprawdzić co i jak!

No i jest! Mamy 4 cm rozwarcia! Cholera 4???!!!! Przez dwa dni 4 cm???? Ja tu powinnam mieć już 9 cm w takim tępie urodzę za tydzień! Pani Iwonka mnie uspokaja: urodzisz dziś i to już niedługo! Myślę sobie: Kłamie bezczelna! Przecież widzę, że nic się nie zmienia! JUŻ NIE MAM SIŁY!

Robimy ktg, jak ja nie lubię tego badania, nie mogę sie ruszać, przez co bóle są dla mnie o wiele dotkliwsze! Na ktg rysują się piękne skurcze! Idziemy na dół Cię przyjąć, dziś poznasz swoją córeczkę!- słyszę. Jak dziś!? Ja od dwóch dni tak walczę! Gdzie? jeszcze 6 cm przede mną! 6 cm walki! Pani Iwonka się śmieje.

Zabieramy się do rodzenia, masaż szyjki again! Hello, czy wy chcecie mnie wykończyć! Ale dobra dawaj! Wiem, że to pomaga, a co najważniejsze w moim przypadku przyspiesza! Lewatywka, prysznic nic wtedy nie było mi obce, byle szybciej i byle do celu! Wchodzę wiec pod ten prysznic! Leje na brzuch wodę, a dźwięki ze mnie wychodzą co najmniej jak u wojownika szykującego się do walki...albo nie, walczącego na polu bitwy! Wbrew pozorom jest mi cudownie i błogo! Nie wychodzę stąd! Nie ma mowy! Prysznic to jest to!

Moja położna jakby czytała mi w myślach, ukazuje się w tym momencie w drzwiach łazienki: no! Dosyć tego! Czas zobaczyć co tam u Ciebie wychodź spod prysznica! Ooooo nieee!!! -mówię na głos. Ale czuje, że coś się zmieniło! Skurcze są inne! Pani Iwonko jakaś zmiana! Kochana w końcu nie masz już bóli krzyżowych! Szyjka się odgięła od kręgosłupa! Bogu dzięki! Sprawdzamy: 8 cm!!! 8??? W 1 h z 4 cm na 8????? Omg ona mnie oszukuje! Bankowo chce mnie pocieszyć! Gdzie ten słynny kryzys 7 cm?! - pytam. Był kochana był! Przecież nie chciałaś wyjść spod prysznica!

Ale ja nadal normalnie z wami rozmawiam! Nikt kto jak ma te 8 cm nie prowadzi tak spokojnej rozmowy! Macica odpoczywa skurcze są rzadkie, masz czas odpocząć ona już tez jest zmęczona!- Iwonka spokojnie tłumaczy. Ok! No nic! Czekam, aż w końcu wody odejdą, bo to u mnie po poprzednich doświadczeniach porodowych oznacza zawsze fajrant! Jak na złość nie chcą odejść! Melcia jest malutka, a wód mam na skraju małowodzia, nie napiera, aż tak żeby pęcherz pękł!

Staje wiec i robię przysiady tak żeby mała napierała, przy skurczu boli jak nie wiem, ale wiem ze muszę to wytrzymać ze skończy się szybciej i....ku mojemu zdziwieniu....jest! Pęcherz pęka! Patrzę na Panią Iwonkę i mówię na głos: O kur**!!! Moje przerażenie sięga zenitu! Teraz to się zacznie! Wiedziałam, że teraz to już nie dość, że będzie mega mocno bolec, będzie 9 cm to jeszcze przyjdzie finał i parte! Wskakuje na fotel porodowy jak poparzona! Tam chce! I nic! Skurcz nie przyszedł! 

Minęła dłuższa chwila i pojawił się! Pary mieszał się jeszcze z bólem poprzednich skurczy! I jest! Widzę już tą małą kruszynkę! Wyszła na jednym partym! Jest naprawdę mała, malusieńka, sama widzę różnice po dwóch moich chłopakach! Jest przepiękna, ciepła i mięciutka! Kangurujemy się, przepełnia mnie ogromne ciepło i miłość. Miękkość ciałka noworodka jest niesamowita! Ta wiotkość nowonarodzonego człowieka! Melcia kwili! 

Pan Poślubiony przecina pępowinę, wcześniej zawsze ciął dwa razy, co oznaczało, że wrócimy! Teraz przeciął RAZ zdecydowanie! To chyba oznacza koniec naszej przygody z porodami? Jest mi smutno, ale wiem, że oboje na razie tak zdecydowaliśmy! Chłonę wiec chwile i myślę sobie, że jeśli to mój ostatni raz to był to najpiękniejszy poród! Jestem wdzięczna i przepełniona miłością. 

Komentarze

  1. Melcia długo szykowała się do wyjścia, ale jak już była gotowa to raz dwa. Prawdziwa kobieta :D

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty z tego bloga

Zespół Aspergera - nasza droga do diagnozy.

Powrót po 5 latach ciszy.

Diagnoza