Dlaczego warto diagnozować dziecko w kierunku spektrum autyzmu?

    To pierwszy post na tym blogu, do którego nie mam zdjęcia i szczerze? Pierwszy raz się z tego powodu cieszę. Wczorajsza akcja #niebieskiponiedziałek na naszym instagramowym profilu dała mi znowu dużo refleksji. Temat niby prosty: "Dlaczego warto zdiagnozować swoje dziecko w kierunku spektrum autyzmu, jeśli mamy podejrzenia?" Jednak jak zwykle nie wyczerpany.

    Chciałabym "uratować Świat" pomóc każdemu dziecku w spektrum autyzmu. Porozmawiać z każdym rodzicem, który się waha...dać mu siły i przede wszystkim odwagi. Choć czytając wczorajsze niektóre wiadomości mam ochotę krzyknąć też na takiego rodzica, tupać nogami niczym mała dziewczynka, po to by na koniec zadać pytanie: "Dlaczego do cholery, ważniejsze jest dla Ciebie zdanie innych ludzi, a nie zdrowie psychiczne Twojego dziecka?!" 

    Czego się tak boisz? Przecież to Twoje dziecko jest najważniejsze. Nie inni ludzie. Świata jednak nie zbawię, ale potem dostaję tę jedną wiadomość i już wiem, że musi ona ujrzeć światło dzienne, bo nie jest ona jedyna:

"Tak w dużym skrócie odnośnie diagnozy i dlaczego warto: Może się wydawać „aaaa No nie ma takiego autyzmu ciężkiego, dajemy radę, funkcjonuje dość dobrze”, a potem w okresie nastoletnim bez diagnozy i bez terapii wszystko zaczyna się walić. 

U mojego brata zwróciłam uwagę, jak był w wieku przedszkolnym, ze mega się złości, zupełnie inaczej niż jego starszy o 4 lata brat. On się gotował po prostu, zaciskał pieści i wrzeszczał. Ja miałam wtedy na studiach zajęciach o kompetencji emocjonalnej wśród dzieci i mówię mamie, że on ma dla mnie niektóre cechy i autyzmu, i ADHD, i coś jest nie tak. Mama jeździła po psychologach, poradniach, miał testy, częściowo indywidualne nauczanie, ale diagnozy nikt nie chciał postawić. Wiec nie było podstaw do terapii czy dalszego indywidualnego toku. Urósł, zmienił szkole na liceum i zaczęło się piekło, bo już miał mniej tolerancyjnych znajomych dla jego „dziwactw” i teorii.


Przestał się odnajdywać, zaczął być coraz bardziej agresywny. Miał myśli mordercze. Krzyczał, walił pięściami w ściany, szantażował rodzinę przy każdej okazji, gdy coś od niego chcieli (leciał wtedy po nóż do kuchni, ze coś sobie zrobi). Mama już nie wiedziała co zrobić i wezwała pogotowie. Zabrali go do szpitala psychiatrycznego. Tam po badaniach i obserwacji, podali mu jakieś leki, nie mogli dojść nadal czy to ZA, bo wg niech ASY maja jakiegoś konika, a on nie, wiec podali autyzm atypowy. I wypuścili.


A miesiąc po wypuszczeniu dostał pismo z sadu, ze musi wrócić do szpitala i będzie miał nadzór, bo może być niebezpieczny. Wiec na cholerę go wypuścili i to bez terapii, w niestabilnym stanie emocjonalnym.


Szpital go trzymał po prostu i podawał leki, które mu szkodziły. (Jest nawet taki artykuł o szpitalach psychiatrycznych, tam dobrze opisują jak to wygląda) Nie prowadzili terapii, jego stan psychiczny się pogarszał, przestał ufać psychologom i psychiatrom (zaufalibyście komuś kto mówi „a może byś tak po prostu przestał?”). Trzymali go pół roku mniej więcej, zanim udało się uzyskać opinie o nim od biegłych sądowych z innego szpitala. Przez nich oblał jedna klasę, ale de facto dwie, bo to ostatni rocznik gimnazjum, wiec nie ma spadochroniarzy z tego rocznika. Trafiasz do 4-letniego LO nagle.


Lepiej mu jest dopiero teraz. Po roku od tamtego wydarzenia, gdzie ma spotkania z psychologiem, który w końcu mu przypasował.


Uważam, ze w OGROMNEJ części jest tu wina brak diagnozy i brak informacji i narzędzi do pracy z nim. Traktowanie go jak każdego nie sprawia, ze będzie jak każdy.


I my nadal w zasadzie tych narzędzi nie mamy. Błądzimy po omacku."


Niewiele wiem na temat polskiej psychiatrii. Tyle ile usłyszę, tyle ile przeczytam, tyle ile napiszą mi inni rodzice. Jedno jest pewne: polska psychiatria pozostawia wiele do życzenia. Nie neguję, że nie ma tam dobrych specjalistów, ale jest ich zdecydowanie za mało. Spora część ludzi pracujących w takich miejscach błądzi po omacku, a potem trafia w to miejsce osoba w spektrum autyzmu w skrajnej depresji niezdiagnozowana z próbą samobójczą na koncie. Myślicie, że w tym miejscu jej pomogą?

Pomogą tak jak potrafią: nafaszerują lekami, otumanią i przypną do łóżka. Po kilku tygodniach, a może nawet miesiącach wypuszczą. Człowieka, który jest wrakiem. Człowieka, który już w dzieciństwie nie dostał pomocy. Kogoś kto rozpaczliwe jej potrzebuje...

Dlatego jeśli jeszcze raz przeczytam w wiadomości prywatnej: mamy jeszcze czas, poczekam, ale on daje sobie radę, przecież jest dobrze i tak zapewniamy terapię po swojemu...to będę tupać nogami jak ta mała dziewczynka. Będę krzyczeć i się nie zgadzać, bo jeśli choć jeden rodzic się ogarnie i weźmie to swoje dziecko otuli płaszczem zrozumienia i wsparcia...to było warto. 

Nie ma dla mnie nic lepszego, jak świadomość, że udało mi się pośrednio pomóc dziecku. 

Nie ma nic lepszego jak wiadomość: Mamy diagnozę, będziemy działać. Dziękuję.

Komentarze

  1. Bardzo dobry i ważny wpis! ❤️ Też mam ochotę czasem tupać, krzyczeć, czy po prostu zapłakać nad losem tego młodego człowieka...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Zespół Aspergera - nasza droga do diagnozy.

Wywiad z mamą osoby w spektrum autyzmu.